Moda a ekologia

do poczytania | 02.08.2014 08:06


Amerykańskie aligatory od ponad 200 lat są źródłem skór, oleju i mięsa. Armia Konfederacji robiła z nich wojskowe buty i siodła. Tłuszcz wykorzystywano do smarowania silników parowych i maszyn w przędzalniach bawełny. Dziś ich skóry są synonimem elegancji, zasobności i szczypty ekstrawagancji.

 

Na przełomie XIX i XX wieku popyt na skóry aligatorów dramatycznie wzrósł. Nie tylko damy w Stanach Zjednoczonych, ale i te na Starym Kontynencie – wszystkie chciały mieć torebki, portmonetki, paski, buty… Około 1950 roku pogłowie aligatorów w Luizjanie – stanie pełnym tej gadziny - znacznie się zmniejszyło. W 1962 roku zakazano polowań. Pięć lat później – aligator trafił na listę gatunków zagrożonych wyginięciem. W 1971 roku lista objęła wszystkie 23 gatunki krokodyli.


Paradoks aligatora

 

Ale popyt na skórki nie malał. Za głowy wzięli się więc „amerykańscy naukowcy” i opracowali program Conservation Through Utilization, czyli w swobodnym tłumaczeniu – mieć ciastko i zjeść ciastko. Rewolucyjna koncepcja polegała na podbieraniu jaj aligatorów z naturalnego środowiska, inkubowaniu ich, hodowli młodych gadów i wypuszczaniu na powrót do dziczy. Ale tylko 14-17 procent podrośniętych, zdrowych, samodzielnych, dwuletnich „jaszczurów”. Pozostałe z górą 80 procent trafiało na… konfekcję.

 

Okrucieństwo? Otóż nic bardziej mylnego, bowiem w naturze przeżywalność jaj aligatorów jest niższa niż owe 14 procent. Program był biznesowo-ekologicznym strzałem w dziesiątkę. W 1987 roku gady te zostały wykreślone z listy gatunków zagrożonych wyginięciem, a inne kraje zaczęły wdrażać amerykański pomysł. Na przełomie XX i XXI wieku jedna trzecia gatunków krokodyli na świecie nie była już zagrożona, a kolejne 30 procent odbudowało swą liczebność na tyle, by… zaspokoić regularne, choć ściśle regulowane łowy na skórki. Tylko w Luizjanie odławia się rocznie – z hodowli i środowiska naturalnego - 300 tysięcy aligatorów zachowując ich pogłowie na stałym poziomie.

 

Pański pasek jeszcze nie urósł…

 

Alligator mississippiensis, czyli aligator amerykański - jest jednym z najbardziej cenionych “dostawców” skór. Siedzenia w samochodach i motocyklach, buty, paski, torebki, fragmenty ubrań, a nawet wystroju wnętrz. Obecnie licencjonowani hodowcy i sprzedawcy skór reklamują się dość przekornym hasłem – „kupując nasze produkty – ratujesz żyjące dziko aligatory i wspierasz program ochrony środowiska naturalnego”. Nie zmienia to faktu, że kupując skórzany pasek, dajmy na to do zegarka renomowanej firmy – trzeba swoje odczekać. Oczywiście nie dwa lata aż pasek „dorośnie”, jednak od miesiąca do dwóch trwa sprowadzenie go z USA czy Szwajcarii i certyfikacja. Taka legalna ozdoba kosztuje między 400-1000 złotych. Ceny powinny wzbudzić nasze podejrzenie i natychmiastowe pytanie o źródło pochodzenia oraz certyfikat Ministerstwa Środowiska i CITES. Podobnie z butami, torebkami i każdym innym wyrobem skórzanej galanterii.

 

Niestety, nadal dla wielu osób skóry z legalnej hodowli, są jak kupowanie marihuany w Holandii. Kłusownictwo i nielegalny handel zagrożonymi gatunkami kwitnie, a Komisja Europejska szacuje, że dochód z niego jest porównywalny z… nielegalnym handlem bronią i narkotykami.