Polska na szlaku ptakolubów

po godzinach | 29.07.2015 08:00

Grono obserwatorów ptaków w Polsce rośnie, a jednocześnie coraz częściej trafiają do nas birdwatcherzy z Europy Zachodniej. Ludzie ci, by zobaczyć rzadki okaz, nieraz przemierzają pół świata - mówi Paweł Malczyk, jeden z autorów książki "Birding in Poland".
 
 
 

Dla obserwatorów ptaków, tzw. birdwatcherów, z Europy Zachodniej, Polska jest atrakcyjna z powodu... wielu lat komuny i towarzyszącego jej gospodarczego zapóźnienia. "Środowisko naturalne w Polsce nie jest tak silnie przekształcone, jak w Holandii, Niemczech, Belgii czy Wielkiej Brytanii, skąd wiele gatunków ptaków się wycofało, albo występuje skrajnie nielicznie" - zauważył w rozmowie z PAP Paweł Malczyk, birdwatcher, członek Komisji Faunistycznej oceniającej stwierdzenia rzadkich ptaków w Polsce.

 

Nasz kraj jest dobrym miejscem do obserwacji ptaków z powodów geograficznych. "Znajdujemy się pośrodku Europy, na krzyżujących się szlakach migracyjnych ptaków; mamy też dostęp do morza i góry, gdzie pojawiają się typowe dla gór wysokich gatunki, jak np. ponurnik czy płochacz halny. Dobra do obserwacji jest też cała ściana wschodnia: od Bieszczad, przez Roztocze i Lubelszczyznę, po Polesie, a nawet Mazury" – powiedział przyrodnik.

 

Bardzo popularna jest Dolina Biebrzy, szczególnie w okresie migracji ptaków, bo w jednym miejscu można tam zobaczyć mnóstwo gatunków - dodaje Katarzyna Groblewska z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP). Jak poinformowała, do jej organizacji często trafiają pytania np. o wodniczkę (OTOP prowadzi projekt ochrony tego gatunku). "Wiele osób przyjeżdża do Polski zobaczyć właśnie ją. Na Zachodzie jest to wielka rzadkość; u nas żyje jedna czwarta europejskiej populacji, w dodatku Polska leży na zachodnim skraju jej występowania" - mówi.

 

"W ubiegłym tygodniu spotkałem dwie dziewczyny z Anglii, które przyjechały do Polski i przeżywały spotkanie z gąsiorkiem, trzciniakiem czy remizem. W odpowiednich siedliskach są to u nas gatunki pospolite. Widząc gąsiorka, sam nawet nie podnoszę lornetki. A ludzie z Zachodu potrafią przez 15-20 minut patrzeć na śpiewającego trzciniaka. W Anglii trzciniak jest gatunkiem rzadkim, nie co roku można się cieszyć jego widokiem" – opowiada Paweł Malczyk.

 

Malczyk mieszka na południu Polski, między Krakowem a Katowicami. "Są tam kompleksy stawów, gdzie praktycznie nie słychać niczego, tylko te trzciniaki; są głośne i drą się z daleka. Polacy nie zwracają na nie uwagi, podobnie jak na bociany. A te dwie turystki z Wielkiej Brytanii stały tam dłuższy czas; robiły sobie zdjęcia z gniazdem bociana, dziwiły się, że niżej gnieżdżą się z nimi mazurki" – wspomina.

 

Pasję związaną z ptakami można rozwijać na różne sposoby: zbierać pióra, robić zdjęcia, brać udział w akcjach obrączkowania albo liczenia (podczas sezonowych przelotów), czy wypatrywać rzadkości. Ptaki też można dokarmiać i obserwować przez okno w kuchni, gdyż ciekawe gatunki zdarzają się nawet w karmniku. Najpopularniejsze jest jednak "chodzenie na ptaki" z lornetką lub lunetą.

 

Malczyk zaznacza, że ptaki najlepiej jest oglądać w ich naturalnym środowisku. "Owszem, fajnie jest zobaczyć ornitologiczną sensację: orlicę albo biegusa tundrowego, który zabłąkał się na polskich stawach czy zbiorniku zaporowym. Ale w takim miejscu gatunek jest wyrwany z kontekstu - podkreśla. - Najfajniejsze są obserwacje w miejscu, w którym ptak występuje w sposób naturalny i gdzie się gnieździ. Chcesz zobaczyć słowika rubinowego - jedź na Ural; chcesz zobaczyć białorzytkę saharyjską - jedź do Maroka. Zobaczysz ją tam z całym jej środowiskiem i to, jak się naprawdę zachowuje".

 

Polska społeczność birdwatcherów jest nieduża w porównaniu ze środowiskiem na Zachodzie. Sami przedstawiciele tego środowiska oceniają, że u nas są to tysiące osób, na Zachodzie - miliony. Tylko w Wielkiej Brytanii birdwatching jest niemal sportem narodowym, a podawana na stronie Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (Royal Society for the Protection of Birds) liczba członków przekracza milion.

 

"O popularności birdwatchingu na Zachodzie - w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Niemczech - świadczą zdjęcia z obserwacji prowadzonych przez całe grupy ptasiarzy, ściągających w różne miejsca z powodu jakiejś rzadkości. Czasami zbiera się prawdziwy tłum. Rekord wynosił chyba 20 tys. osób, jakie jednego dnia odwiedziły to samo miejsce, żeby obserwować jednego ptaka. Jeśli w Polsce jednego dnia +na fajnym ptaku+ spotka się 40 osób, to już jest coś" - mówi Paweł Malczyk.

 

Informacje o pojawieniu się ptasich celebrytów rozchodzą się w środowisku jak burza dzięki internetowym forom i grupom dyskusyjnym. "Kiedyś znad morza nadeszła wiadomość o pojawieniu się mewy z bardzo rzadkiego w Polsce gatunku. Jeden z naszych kolegów wieczorem natychmiast wsiadł do pociągu, żeby rano znaleźć się nad morzem i tę mewę zobaczyć. W pociągu spotkał dużą grupę ludzi ze Śląska, jadącą w tym samym celu. Okazało się, że pociąg był opanowany przez ornitologów jadących zobaczyć mewę" - opowiada Groblewska z OTOP.

 

Pasję birdwatcherów w nieco krzywym zwierciadle przedstawił David Frankel w filmie z 2011 r. pt. "Wielki Rok" (The Big Year). Jego bohaterowie, dwóch ornitologów, starają się pobić wyśrubowany rekord świata w corocznym konkursie na największą liczbę zauważonych gatunków ptaków.

 

"To pasja, z powodu której ludzie robią nietypowe rzeczy. Czasem nawet zadłużają się czy zawalają życie prywatne" - komentuje Malczyk.

 

Choć na ptaki patrzy się za darmo, to dobry sprzęt do obserwacji może pochłonąć fortunę. "Dobra luneta kosztuje co najmniej 10 tys. zł, lornetkę można mieć już za 1500 zł, ale są i po 8 tys., podobnie aparaty fotograficzne. Sam 30 lat temu zaczynałem z najtańszą, +ruską+ lornetką. Kiedy później przyłożyłem do oczu pierwszą Leicę - powiedziałem +trudno, zadłużę się+. Była różnica" - wspomina obserwator.

 

Do kosztów birdwatchingu należy też doliczyć te związane z wyjazdami za rzadkimi ptakami (w ciągu roku bywa ich nawet kilkanaście) i kupowaniem książek. "Jak się ktoś poważnie ptakami interesuje, chce je dobrze poznać, nie skończy przecież na jednym przewodniku. Dobre książki wydawane są często za granicą, a więc dość drogie" - mówi Malczyk.

 

Ptasie hobby często przeradza się w coś więcej. "Wielu ornitologów na stałe wspiera nas w prowadzeniu monitoringu pospolitych ptaków lęgowych. Wykonują systematyczną, wolontariacką pracę, poświęcając swój czas i wiedzę dla nauki. Kilka razy w roku jadą na przypisany im teren i przesyłają formularze, jakie gatunki zaobserwowali. To cały program działań, cenne zaangażowanie na wyższym poziomie" - mówi Groblewska.

 

PAP - Nauka w Polsce, Anna Ślązak